Zakład fotograficzny w Świebodziniefotograf

„Wiesiek maturę i tytuł technologa chemicznych procesów organicznych zdobył w 1973 r. w Technikum Chemicznym przy gorzowskim „Stilonie”. Rok później ożenił się z Ewą Roszak, razem uruchomili mały zakład fotograficzny przy wejściu na targowisko w Świebodzinie, który zawędrował później na róg ul. Łużyckiego i 22. Lipca. Dwoje dzieci urodziło się im w 1975 i 1981 r.

Na zmianę przyjmowali do obróbki filmy ORWO, NC19, NC21, FOTON, filmy i negatywy wykonywane zorkami, zenithami, smienami, druhami, fedami, no i ówczesnym luksusem, aparatami practica z różnymi stopniami skomplikowania. Optyka tych aparatów była taka sobie – akuratna do zastosowań domowych. Prozaiczne wydarzenia składały się na codzienne zajęcia. Odbitki, pogrzeby, komunie, w soboty śluby i wesela.

Zgromadziwszy nieco grosza i czując, że Świebodzin, gdzie został radnym i wybudował dom, stał się dla niego przyciasny, udał się Wiesław w 1990 r. do Poznania, by tam szukać szczęścia. Był to burzliwy czas przemian społeczno-gospodarczych, które w stolicy Wielkopolski przebiegały szczególnie dynamicznie.

Po poszukiwaniach udało się znaleźć miejsce na Gwarnej (d. Lampego), niedaleko księgarni im. Adama Mickiewicza, Domu Dziecka i Domu Chleba.

Wiesiek czuły na wszystkie nowinki (miał pierwszy komputer w Świebodzinie, a piszącemu te słowa pożyczył dwie studolarówki na trzeci mikrokomputer „Atari” w mieście) założył, że idzie czas masowego fotografowania i kolorowych odbitek.

To był strzał w dziesiątkę. Kokocińscy wyczuli kierunek olbrzymiego rozwoju amatorskiej fotografii, powodowanego znakomitym uproszczeniem sprzętu. Nowym, plastykowym aparatem zdjęcia mogła zrobić każda ciocia i za kilka godzin otrzymać kolorowe fotki z rozkosznym siostrzeńcem. Canony, Kodaki i Samsungi stały się modnym prezentem komunijnym, nieodzownym sprzętem na plaży, a lampy błyskowe wmontowane w korpus pozwalały na zdjęcia w każdej sytuacji.

Filmy przyjmowane na Gwarnej szybko wracały do klientów. Pracownia z laboratorium mieściła się obok Rynku Głównego, na Sierocej, gdzie non stop pracował pierwszy japoński kombajn Fuji-Printer kupiony w leasingu. Japończykowi – serwisantowi z warszawskiego oddziału FUJI Polska, oczy omal nie wyszły z orbit, gdy zobaczył, ile odbitek

 

może zrobić jego maszyna! Kombajn pracował 23 godziny na dobę z godzinną przerwą na wymianę chemikaliów.

Odważne decyzje kredytowe, ciężka praca i rozwój kolorowej fotografii amatorskiej złożyły się na sukces, który pozwolił na opuszczenie szklanej klatki (lokal miał 3x3m) na ul. Gwarnej i zajęcie nobilnych wnętrz w Rynku Głównym Poznania, obok szacownej „Rytosztuki”, co stało się w 1994 r.

Idąc za ciosem, Kokocińscy nabyli lokal na ul. Kościelnej w Świebodzinie, a kilkanaście lat później dokupili starą kamieniczkę obok i przenieśli się z całym dobytkiem na miejsce sąsiadów.

Czując powiew czasu, rodzina fotografów uznała, że fotografia cyfrowa i zapis na nośnikach cyfrowych, który radykalnie zmniejszył liczbę klientów, wymagają ograniczeń.

Wiesław mawiał: „Nie będę postawiał nogi pod jadący tramwaj”. Zrezygnowano więc z lokalu w Poznaniu, za który miasto wyznaczyło horrendalny czynsz. W Świebodzinie puszczono w pacht jeden z lokali, gwarantując sobie stały, bezpieczny dochód.

W obliczu rzadkiej choroby, unieruchamiającej z miesiąca na miesiąc, Wiesiek zajął się jakością oferty, szkoleniem młodzieży, uzupełnianiem sprzętu. Miejsce przy maszynie zajął Bartek Kokociński, wspomagany przez siostrę Agnieszkę.

Wiesiek, kiedy dzwonił do mnie, chcąc umówić się na spotkanie w ubiegły wtorek, płytkim głosem prosił, bym zabrał ze sobą aparat. Zrobiłem kilka zdjęć.

Wiesiek siedział w centralnym miejscu salonu na szpitalnym łóżku przerobionym na biurko komputerowe z kółkami. Obok książki, drukarkę i zapas papieru.

Rozmawialiśmy ponad trzy godziny. Ewa podała świetną neskę i poszła za ścianę pracować.

Mówił mi, że jego choroba może trwać do 12 lat, że chorych na nią jest w Polsce około 5 tyś. osób. Los podarował mu zaledwie 6 lat jakże wspaniałą towarzyszkę życia – czuwającą nad wszystkim Ewę – podporę rodzinnej firmy.

Okazało się, że Wiesław chciał, bym napisał w jego imieniu list do mieszkańców Świebodzina. Miał go wydrukować i rozesłać do każdego klienta, chciał podziękować za wspólne interesy, za chwile wesołe i smutne, które przyszło mu uwieczniać. Ja miałem wypełnić to zlecenie.

Gdy spytałem, jakie uniwersalne wartości chciłaby wymienić w piśmie, stwierdził, że rynek usług w Świebodzinie jest bardzo trudny. Świebodziniacy traktują pieniądze z szacunkiem, rozstają się z nimi z trudem. Jeśli zdecydują się je wydać, to chcą w zamian usługi solidnej, na wysokim poziomie. Zdobycie Świebodzieniaka jako klienta wymaga uprzejmości i przede wszystkim solidnej oferty. Jeżeli ktoś tego nie rozumie, nie powinien zabierać się do robienia tutaj interesów.

Wiedział, że w jego punkcie odbitka jest droższa niż gdzie indziej, ale za to on gwarantuje wysoką trwałość obrazu, kolorów, ostrości. Jego pracownicy są zawodowcami z dużą wiedzą, którą dzielą się z zainteresowanymi klientami (sam w 2003 roku udał się na zaproszenie koncernu FUJI do Japonii).

Czując potrzebę wymiany informacji, uczestniczył w spotkaniach z operatorami PWSFTViT w Łodzi, marketingowcami z poznańskiej Akademii Ekonomicznej, był członkiem Wielkopolskiego Cechu Fotografów, gdzie „sprzedawał” swoje doświadczenie młodym, wreszcie jego sylwetka ukazała się dwukrotnie w prestiżowym albumie Poznań-Design (Wydawnictwo Orson).

Podczas marcowego wieczoru przy kominku Wiesiek zachowywał się jak zawsze. Pewny siebie, tubalnym głosem drwił z mojej grzywki. Czarny humor dopisywał mu, gdy mówił, że krematorium na Miłoskowie mają palniki „nówka funkiel jeszcze nieśmigane”. Poinformował też, że jego pogrzeb odbędzie się w czwartek, o czym wie cała rodzina.

Drwił z siebie, mówiąc, że papiery rozkłada na trzy stosiki i analizuje – prawie wszystkie nadają się do wyrzucenia! Żałował swojej drogiej, górnej szczęki z tytanu: że tak mało używana, no i osobistej windy wybudowanej przy domu.

Gdy pierwszy raz zauważyłem symptomy choroby widoczne dla laika, powiedział mi o stopniowym, nieodwracalnym zaniku mięśni i szczęściu w nieszczęściu: mięśnie odpowiadające za oddychanie na razie nie zanikały.

Radziłem, by rzucił wszystko, wziął Ewę i pojechał w podróż dookoła świata, bo oboje na to zasłużyli. Stać ich było. Przeważyła jednak wielkopolska dbałość o los rodzinnej firmy, o dzieci, dom, bla, bla, bla…

Mówią, że chory czuje zbliżający się kres. Wiesiek chciał dokończyć spotkanie za tydzień. Zadzwonił we wtorek godzinę przed i zaproponował przełożenie terminu, bo źle się czuł. Ustaliliśmy, że Ewa zadzwoni do mnie w tej sprawie….

Wróćmy do listu, który był powodem spotkania. Nie został napisany, nie zdążyliśmy. Myślę, że kilka słów w „Dniu za Dniem”, który Wiesiek sobie cenił, traktując go jak soczewkę, w której skupia się życie miasta, załatwi sprawę choć w części…”.